|
Strona 2 z 2 Sława! Ja również swój udział w projekcie musiałem już zakończyć. Pozostałbym z wielką chęcią do końca jednak studenckie obowiązki zmusiły mnie do powrotu. Projekt sam w sobie jest świetnym pomysłem, bardzo wiele praktycznej wiedzy i umiejętności posiadłem podczas pobytu w skansenie. Warunki pogodowe od soboty do czwartku (6 - 11.12.2008) były bardzo dobre. Temperatura przez całą dobę utrzymywała się powyżej zera. Momentami padał drobny deszcz raz natomiast popadał deszcz ze śniegiem, przez cały czas utrzymywała się duża wilgotność powietrza. Wszystko to sprawiło że grunt był przemoczony i tworzyło się błotko. Wiatr słaby bardzo rzadko dawał o sobie znać. Warunki te nie przeszkadzały w prowadzeniu codziennych prac oraz warsztatów, jedynym czynnikiem który nas ograniczał był krótki dzień. Ale i to bardzo dobrze zobrazowało kolejny problem ludzi żyjących tysiąc lat temu. Noce nie były zbyt chłodne i spokojnie przesypiałem je w wełnianym śpiworze z wierzchu okryty dodatkowo płaszczem. Przez cały czas trwania projektu ubrany byłem w tunikę wełnianą i kaptur oraz wełniane spodnie z owijaczami. Nogi w skarpetach wełnianych i niskich dobrze zabezpieczonych przed przesiąkaniem butach. Wszystko to w zupełności starczało aby w tych warunkach bytować za dnia. Projekt był doskonałą okazją sprawdzenia swojego sprzętu i ubioru oraz wyłapania braków które uzupełnić należy. Przede wszystkim postanowiłem uszyć sobie filcowe onuce które zastępować będą skarpety podczas snu. Druga ważna obserwacja dotyczy kaptura który jednak jest zbyt luźny i nieco przeszkadzał przy zajęciach codziennych - doskonale sprawdzając się za to podczas snu. Absolutnie przekonałem się do tego jak ważne jest dobre zabezpieczenie butów przed przesiąkaniem. Cały czas mieliśmy dostęp do półproduktów w spiżarni takich jak - ser, mleko, mięso, powidła, pieczywo, masło, śmietana, cebula, czosnek, kasza itp. Nikt głodny nie chodził a ponadto Wislaw przygotowywał ciągle ciepłe potrawy które rozgrzewały nas wszystkich i skupiały w jego chacie:) Wśród ciepłych dań które należy przypomnieć znajdowały się: Zupa rybna - smakowała mi naprawdę bardzo, choć osobiście za rybami nie przepadam a do zupy rybnej miałem uraz, w wykonaniu Wislawa naprawdę mi smakowało i chyba się przekonałem do tego dania. Sami z resztą mieliśmy okazje sprawiania, patroszenia i przygotowywania świeżych ryb, co dawało dodatkową satysfakcje podczas konsumpcji. Wędziliśmy również Leszcze oraz mięso wieprzowe w przygotowanej uprzednio wędzarni. Kto miał ochotę mógł pomóc przy porcjowaniu półtuszy wieprzowej na bazie której powstało następnych kilka posiłków min. kapuśniak z kapusty którą przygotowano dnia pierwszego. Jeśli chodzi o kuchnie naprawdę niczego nie brakowało. Osobiście wieczorami uzupełniałem sobie dietę o suszone owoce i orzechy. Musze oczywiście wspomnieć o warsztatach. Nauczyłem się nareszcie rozpalać ognisko za pomocą krzesiwa oraz poznałem teoretyczne zasady przygotowywania przepalonego lnu. Poznałem sposoby barwienia nici wełnianych naturalnymi metodami. Dzięki cierpliwości pana Janka poznałem tajniki darcia desek oraz ich obróbki. Sam od podstaw wykonałem 3 takie deski po czym przy pomocy ciosła i ośnika wygładziłem je tak że teraz jak tylko wyschną będą gotowym półproduktem. Posiadłem wiedzę na temat wytwarzania sznurków - jeden służy mi teraz jako ozdobne przepasanie. Wyrabiałem filc z wyczesanej wcześniej wełny owczej. Trochę mi zbrakło przy tym zajęciu cierpliwości jednak zasady znam :D No i oczywiście podczas rozmów z uczestnikami wymieniłem wiele doświadczeń, zdobyłem sporo nowych. Poznałem instrument zwany Drumlą i zacząłem na nim z zapałem grać (dzięki Wislawie!!:D) Na koniec chciałem podziękować wszystkim uczestnikom za świetną współprace i zabawę. Organizatorom za cierpliwość i pomysł a ponadto wszystkich pozdrowić. Czekam na fotki ! Pozdrowienia Leif Czarny Wąż ------------------------------ Witam!
W imieniu całej drużyny podziękować chciałbym Vislavowi za organizację tego projektu! A w swoim własnym (takoż i Fiolnirowi) za nauczenie mnie krzesania ognia i robienia hubki. Oraz, że bardzo dużo się od Was dowiedzieć mogłem! Oprócz tego szczególnie Iwanowi za jego szczególną cierpliwość podczas nauki kucia! Od niego bardzo dużo się nauczyłem (a zwłaszcza jak kiepsko kuję), a konkretnie robienia ślimacznic bez kombinerek ;) kucia nożyka (wykułem wreszcie dziada!!!!!!!), hartowania (i Fiolnir pomógł) oraz tak przydatnej rzeczy jak hak nad ognisko. Dzięki wielkie! Także i reszcie uczestników za wspólną pracę, naukę, wymianę wiedzy. Nauczyłem się także wyplatać sznur z wełny i gry w hnefatafl, a zimowymi wieczorami przydatna to rzecz. W przyszłym roku - a na 100% będę! - też pokatuję kuźnię i pracownię odlewnika (szkoda, że nie było).
Oprócz nauczenia się nowych rzeczy, przetestowałem też swój sprzęt i wytrzymałość na zimowe (w nocy) warunki. Co do mnie, było dosyć ciężko, zwłaszcza na początku - chociaż kożuch generalnie dawał radę i w nocy się wysypiałem. W dzień raz tylko był potrzebny, bo było generalnie ciepło. Wnioski co do sprzętu: zrobię sobie taki plecak jak ma Sulik, do niego włożę nogi, a spał będę w kożuchu i przykryty wełną. Jak ktoś ma tkanki tłuszczowej mało to się musi ratować! Za to buty napuszczone na gorąco tłuszczem (słonina) i drewniaki sprawdzają się doskonale. Spodnie tylko trzeba zmienić i podkoszulek przedłużyć (sam sobie żydziłem wełny i wyszedł za krótki!). Fotki - a mam ich trochę - wyślę w tym tygodniu do Vislava.
Pozdrawiam wszystkich! Do zobaczenia na następnym projekcie! Shalom! ------------------------------ Nadszedł czas aby napisać coś więcej.
1. Pogoda i warunki kwaterunku. Spaliśmy (ja, Sulik, Leif i Lutek) w chacie farbiarki. Chopaki woleli na podwyższeniu łóżkowym, ja stwierdziłem, że to zbyt proste więc się walnąłem pod stołem na klepisku glinianym. Pogoda była przaśna, mróz występował praktycznie tylko nocami, dzionki nie były zbyt pogodne, jednak było praktycznie bezwietrznie. To co najbardziej się dawało we znaki to chyba wilgoć, momentami przemieniające się w mgłę do krojenia nożem. Ale ogólnie było spoko. Legowisko moje składało się z filcowej karimatki grubości ok 2-3 mm. Na początku jeszcze sobie pod zadzio podkładałem moją skórzaną tunikę, ale potem z tego zrezygnowałem stwierdzając że nie zmienia to zupełnie właściwości legowiska. Jak zwykle spałem w skarpetach wełnianych i filcowych wkładając nogo do mego śpiworoplecaka skórzanego dzięki czemu nie zmarzłem ani razu. Na głowie miałem kaptur, pa sobie zwykle koszulę lnianą, tunikę wełnianą i wełniane portki, przykrywałem się płaszczem dwuwarstwowym i jednowarstwowym. Oznacza to wprost, ze w porównaniu z zeszłym rokiem zrezygnowałem ze znacznej części przyodziewku, ani razu nie założyłem np. rękawiczek, ani razu nie zmarzłem. Największe zaskoczenie spotkało mnie gdy pewnej nocy wstałem za potrzebą i ku memu zdumieniu na zewnątrz wlazłem prosto w świeży śnieg. Ogólnie noce najbardziej odczuwałem na twarzy. Co się tyczy chaty, jej właściwości były na pewno lepsze niż tej w której spaliśmy w roku zeszłym dzięki temu głównie że była mniejsza i trochę lepiej uszczelniona, ale bez rewelacji.
2. Warsztaty. Przyjechałem na Wolin z myślą o szyciu dużo i namiętnie :P No i szyłem przez pierwsze dwa dni całkiem sporo, potem uznałem, że za dużo się dzieje i ze resztę skończę sobie po powrocie. Udało mi się dokończyć robienie skrzynki drewnianej dzięki pomocy Wojtka, za co mu wielki dzięki. Zorganizowałem warsztaty rozpalania ognia metodą łukową i ku memu zdumieniu zdolności uczniów zdecydowanie przerosły mistrza w tym względzie, za co wam sława bo naprawdę byłem pod wrażeniem smile.gif Mi nauczenie się metody zajęło dzień :P Nauczyłem się oprawiać ryby, z czym wcześniej nie miałem do czynienia. Wiem już jak poradzić sobie z wolińską sauną a jest to wiedza tajemna na tyle że czuję się z nią jak mason :P Dzięki serdecznie Ivanie za cierpliwość przy kowadle dzięki czemu wyjechałem z Wolina bogatszy o nóż i 2 kute fibule (tak!!! ta zaginiona oczywiście się znalazła i oczywiście leżała na widoku przy kowadle, zaraz obok co zdecydowanie dowodzi iż Kuźnię zamieszkują skrzaty!!!!). Porównując fibule pierwszą z kolejnymi widzę wyraźnie jak ogromny postęp w dziedzinie kucia zrobiłem. Wykucie noża zajęło mi niewiele ponad godzinę. Dzięki ci Vislavie za demonstrację ściegu do przyszywania podeszew, bardzo mi się ta umiejętność przyda oraz dla Pana Hedina za pomoc w wykonaniu flecika. Ogólnie rzecz ujmując, dało radę nauczyć się więcej ale i tak warsztaty uważam za udane całkowicie. Jadło i napitek. Jedząc postanowiłem zrezygnować z miski i pomysł mój okazał się całkowicie możliwy do zrealizowania. Żywiłem się głównie chlebem z serem na śniadanie i do przegryzania. Nie wiem co Lewy dodał "od siebie" do tego twarożku ale był smakowity. Na pewno był tam ser kozi, twaróg, śmietana, czosnek. Normalnie niebo w gębie. Do tego oczywiście wędzone ryby, choć dużo mniej niż przed rokiem, wieczorkiem kebab czyli wieprzowinka opiekana nad ogniem w chlebku, trochę kiełbasy, trochę jogurtu, raz pieczony sandacz (niebo w gębie!!!), raz jajecznica na polędwiczce (w towarzystwie spalonych filcowych skarpet) ogólnie wikt i opierunek jak się patrzy :D Co się tyczy napitku. Jasnym jest iż woda we wczesnym średniowieczu nie była pita aż tak powszechnie jak obecnie, a to dlatego że jej picie zwłaszcza bez przegotowania nie było zbyt bezpieczne. Stąd trzeba było posługiwać się zamiennikami. Piwa i wina było w bród, dzięki serdecznie Dentyście za jego krzepiące domowej roboty piwko, a Tomicowi za zaznajomienie mnie z mołdawskim winem Kagor kóre wszystkim polecam bo jest niesamowite :D
4. Inne. Co do higieny - sauna czarna jak już wyszłą okazała się jak zwykle przeżyciem fantastycznym. Pozostaje czekać aż sulik zamieści dokumentację fotograficzną najbardziej historycznego stroju znanego człowiekowi :P Pomijając saunę miałem projekt spróbować się umyć śniegiem z czego oczywiście nic nie wyszło bo nie było śniegu. Zasadniczo higieny za wiele nie było, choć przyznam szczerze iż eksperymentalnie udało mi się udowodnić iż podcieranie się filcem jest skuteczniejsze niż używanie w tym celu współczesnego papieru. Niesie też intrygujące doznania i emocje :P Ogólnie o stanie higieny w całokształcie najlepiej mówi fakt iż po powrocie aby mnij więcej pozbyć się brudu i zapachu spędziłem w wannie 2 h i nigdy nie widziałem aż tak czarnej wody XD Co do logistyki. Miałem plan zabrać się ze wszystkim w plecak 60 l ale po przemyśleniu sprawy i tak zabrałem 120 aby zmieścić skrzynkę i rzeczy do szycia (4 suknie, płaszcz i kaptur), jeśli do tego doliczy się iż praktycznie nie użyłem skórzni, skórzanego kaptura, rękawiczek ani jednej wełnianej tuniki to wyjdzie na to, ze spokojnie bym się w 60 l zmieścił, choć oczywiście bym mógł tego żałować gdyby pogoda okazała się bardziej zimowa
Dzięki za projekt i mam nadzieję do zobaczenia jak najszybciej Pozdro Fiolnir ------------------------------ Witam
Przede wszystkim dziękuję wszystkim uczestnikom za przyjazd, udział, dobre samopoczucie i zaangażowanie. Kolejne warsztaty mimo, że nie wszystko udało się zrealizować - uważam za bardzo udane. Jedyne co nie dopisało to pogoda, stanowczo za mało, śniegu i mrozu - większość czasu przechodziłem w krótkim rękawie. Również nocami nie odczuwałem chłodu - mimo że chałupa z której korzystałem prawie nie ogrzewa się od ognia na palenisku.
Jak sądzę, każdy z nas skorzystał z uczestnictwa ucząc zarówno siebie i innych. Ja dzięki pomocy Hedina opanowałem podstawy wykonywania z dostępnych materiałów rożnego rodzaju fletów i piszczałek. Teraz pozostaje doskonalenie umiejętności - dziękuje bardzo. Mimo różnych zajęć udało mi się wykonać korpus "harfy scytyjskiej" z użyciem ciosła i dłuta.
Osobne podziękowania dla Centrum Słowian i Wikingów w Wolinie - Agnieszka, Andrzej i Wojtek, oraz Janek (dobry duch ciosła) byli bardzo pomocni w naszych działaniach.
Ci co nie dojechali z mniej lub bardziej ważnych przyczyn, niech żałują. Przede wszystkim szkoda mi jest grupy z Kaliningradu - walczyli do ostatniej chwili o wizy, niestety bez sukcesu.
Kolejna edycja tego projektu odbędzie się w grudniu przyszłego roku. Tym razem znacznie większy nacisk położymy na kuchnię i technologię przygotowania żywności od podstaw. M.innymi będą żywe zwierzaki, co w porównaniu z flądrami z poprzedniego projektu jest dużo większym wyzwaniem.
Wcześniej, bo już na przełomie kwietnia i maja (Beltan) odbędą się kolejne warsztaty w skansenie: praca w drewnie, ceramika, wyplatanie koszy z korzeni i co najważniejsze budowa łodzi rzecznej o długości ok. 5 metrów. W styczniu 2009 podam dokładniejszy program.
Mścidróg - wątek budowy chaty przewija się rzeczywiście przez obie edycje projektu. Są to jednak fragmentaryczne działania związane z aktualnymi pracami w skansenie - stale coś się buduje. Zapoznanie się z całością prac od podstaw, aż do postawienia wiechy wymagałoby indywidualnego projektu skoordynowanego z cyklem prac w skansenie. Trzyosobowej grupie cieśli (Walerka i pozostali) budowa chaty zajmuje około dwa tygodnie intensywnej pracy od poranku do zmierzchu. Jeżeli ktokolwiek jest poważnie zainteresowany nauką, mogę pomóc w uczestnictwie. Ze względu na krótki czas budowy cieśle używają również współczesnych narzędzi, jednak wiele prac jest prowadzonych za pomocą prostych narzędzi ciesielskich i z pewnością można się bardzo dużo nauczyć. Obejmuje to również położenie "profesjonalnego" dachu z trzciny. Zdjęcia: Poranek > | Noc > | Praca > | Kuchnia > pozdrowienia Vislav ------------------------------ Większość czasu poza pracą w godzinach 9.00-16.00, spędzaliśmy w chacie, gdzie jedynym oświetleniem było ognisko, kaganek lub świeczki. Ogień raz rozpalony nigdy nie gasł przez te dwa tygodnie. Oznaczało to stałe dokładanie drewna również w nocy - ciepła nie dawało to zbyt wiele, ale przynajmniej można było się poruszać. Ostatnie dwie noce i dnie wewnątrz chaty było kilka stopni poniżej zera, woda zamarzała w drewnianych cebrzykach.      
    
Kolejnym elementem naszego wspólnego życia była kuchnia. Z pewnością największe zasługi na tym polu miała Ola - gotowała dla nas wspaniale, wyróżnili się również Lewy i Ivan. Dysponowaliśmy połówką świniaka do rozebrania i uwędzenia, ponadto świeże ryby do smażenia i wędzenia - sieje, śledzie i flądry. Do gotowania kasze, kapusta, cebula, marchew, czosnek. Z użyciem żaren produkowaliśmy mąkę do wypieku podpłomyków i jednorazowo chleba. Do przegryzania pomiędzy posiłkami: orzechy, suszone mięso, trochę suszonego białego sera. Ukisiliśmy też wiaderko kapusty. Do picia były napary ziół, dzikiej róży i jabłek. Nad ogniem wędziła się świńska noga.
Nasze życie w wiosce, w trakcie projektu nie składało się wyłącznie z przygotowania posiłków, jedzenia i spania. Zgodnie z planem rozpoczęliśmy budowę chaty o konstrukcji sumikowo-łątkowej. Przy użyciu prostych narzędzi jak topory, ciosła, ośniki i dłuta przygotowaliśmy podwalinę pod przyszłą konstrukcję opanowując równocześnie podstawy umiejętności ciesielskich. Obciosaliśmy i opaliliśmy pale drewniane jako fundamenty chaty. Przy użyciu drewnianych łopat z metalowymi okuciami i rydla wykopaliśmy doły w rzeczywiście trudnym terenie. Do transportu bali służyła nam drewniana dwukółka. W pierwszym tygodniu pobytu zapoznaliśmy się z podstawami warsztatu kowala, powroźnika, bednarza, snycerza. Ja wykonałem podstawowe prace przy rekonstrukcji nart drewnianych pokrywanych od spodniej części skórą/futrem do projektów koczowniczych. Opanowałem również metodę wykonywania lin metodami z wczesnego średniowiecza. Fiolnir i Ivan pracowicie doskonalili techniki snycerskie. Lewy zajmował się szyciem tuniki z filcu.
Biorąc pod uwagę, że w wielu przypadkach był to pierwszy kontakt z narzędziami i technikami pracy m.in. średniowiecza - ten zakres projektu uznaję również za udany. Jest jeszcze jeden aspekt dotychczas nie opisywany, czyli sam wygląd uczestników i utrzymanie czystości. Codzienne życie o tej porze roku, czyli niskie temperatury i ciemność przez przeważającą część doby nie sprzyjają utrzymaniu "estetycznego" wyglądu widywanego zazwyczaj w trakcie festiwalowego życia. Do bardziej brudzących aspektów należy:
• ciągłe utrzymywanie otwartego ognia na palenisku w chałupie, • przygotowanie produktów żywnościowych - obrabianie mięsa, patroszenie ryb, • gotowanie, wędzenie, pieczenie, • kociołki i inne naczynia szybko pokrywające się warstwą tłustej sadzy, • spożywanie posiłków w ciemnościach, • codzienna aktywność związana z projektem m.in. ciesielstwo • wszechobecne błoto
Powoduje to, że wszelkie białe, jasne i kolorowe ubiory szybko zaczynają upodobniać się do siebie, nabierając podobne wyglądu. Sadza, tłuszcz, żywice są trudne do pozbycia się, jeżeli generalnie dysponujemy zimną wodą, piaskiem, trawą i popiołem. Domycie rąk w zimnej wodzie graniczy z cudem. Wypranie odzieży jest bardzo trudne. Ze względu na wygląd najbardziej praktyczne są szare, lub ciemnoszare ubiory (Fiolnir). Chociaż moja jasnoszara czapeczka z wełny, po dwóch tygodniach ciągłego przebywania w dymie miała całkiem inny odcień z zewnętrznej i wewnętrznej strony - nabierając powoli jasnobrązowego odcienia wędzonki z wierzchu.
Mimo tak trudnych warunków nie odnotowałem problemów skórnych w postaci otarć czy odparzeń. Jednak używam miękkiej, wełnianej bielizny - w przypadku lnu i mało historycznej bawełny, jak przypuszczam również w tym zakresie byłoby gorzej. Dwa tygodnie to zbyt mało, aby mówić o jakiś prawidłowościach. W przypadku odtwarzania osiadłego trybu życia bardzo ważnym elementem wydaje się być zbudowanie sauny/łaźni/bani, aby przynajmniej raz w tygodniu zafundować sobie porządniejsze mycie. Wtedy i tylko wtedy można wyciągnąć z kosza lub skrzyni "odświętny" ubiór. W przypadku dłuższych wypraw o tej porze roku, nie ma nawet takich możliwości.
VISLAV – Wiesław Mileńko
|